Dlaczego nie lubię żółtego?
Mam żółte farby. Nawet wiele odcieni – cytrynowy, kadmowy, słoneczny i żółty fluo.
I co? Leżą. Cicho. W tubkach.
Bo żółty to kolor, który mnie męczy.
Nie mam nic przeciwko słońcu, kwiatom, bananom czy cytrynom. Ale żółta farba… ech.
Jest krzykliwa. Narzuca się. Nie zna umiaru. Wchodzi na płótno jak gość, który zamiast „dzień dobry” wrzeszczy „NO SIEMA!”.
A ja w malarstwie wolę półtony, szept, napięcie, które narasta, a nie eksploduje w sekundę. Lubię kontrasty nawet te mocne ale żółty i to z fioletem? – o nie!
I teraz ciekawostka: używam żółtego. Ale tylko wtedy, gdy trzeba coś zmieszać, złamać, ożywić zgaszoną paletę. Taki kolorystyczny dopalacz. Tylko że, on sam z siebie… no nie.
Nie gra mi solo. Jak wokalista, który świetnie brzmi w chórkach, ale jak dostanie mikrofon – to robi się niezręcznie.
Co z tym żółtym według mnie, jest nie tak?
- Ma w sobie nerwowość, której nie czuję.
- Rozpycha się w kompozycji, gdzie potrzebna jest cisza.
- Psuje mi klimat, który buduję latami (czyt. godzinami z pędzlem i kawą).
Ale… – to moja relacja z żółtym.
Ty możesz go kochać. Może nawet znajdziesz go (ukrytego!) w moich obrazach – jako akcent, błysk, nuta czegoś innego. Ale nigdy nie gra głównej roli!
Znajdź na moich obrazach plamy żółtego: https://maggiebukovskyart.pl/galeria/ i napisz do mnie kontakt@maggiebukovskyart.pl, jestem bardzo ciekawa czy udało Ci się go znaleźć.
I jeśli masz znajomych, którzy też kręcą nosem na żółty – podeślij im ten tekst.